28.11.2011

Spadam

Tego wieczoru spadam jak od dwudziestu kilku lat
Jak rzucony w czarną otchłań ciała krwawiący płat
Widziałem cichy błysk – to był roześmiany kat
Pamiętam tylko tyle po tym jak runął poznany świat


Nie zatrzymasz spadania, nawet gdybyś tego chciał

To kara za niszczenie pięknych, młodych, silnych ciał

Nie zatrzymasz spadania, nawet gdybyś mdlał

To nagroda, jesteś w niebie i zmień myśli swoich kształt



Nawet jeśli tego nie chcesz, możesz lecieć tylko w dół

Bo nie potrafisz zagrać wszystkich powierzonych ról

I choćbyś nawet upadł łamiąc kręgosłup na pół

Nie odbiorę Ci wieczności, musisz poczekać na cud



Spadając tak bez końca zapomnisz co to czas

Szczególnie kiedy blask dnia tak szybko zgasł

Dziś będzie tylko otchłań i transcendecja szarych mas

Poza tobą, w zapomnieniu, bez ciebie, mnie i nas



Spadając tak bez końca zapomnisz co to sen

„Umysł nie-wiem” jak u tybetańskiego mnicha zen

I nie zwrócisz już uwagi słyszcząc „Spójrz na niego, to ten

Bo spadanie w czarną otchłań to życia twojego cel



Jak przypływy i odpływy w odwiecznym tańcu mórz

Ty też nie upadniesz, choć kiedyś zetrzesz z powiek kurz

Na ogromne połacie zeschłych, bladych, białych róż

A później na trzymany w Twojej dłoni lśniący nóż


Kilka chwil przed tym czułem tlenu żrące opary
Zatrzasły się powieki i zniknął wspomnień czar
Na spadanie przecież nie mogłem być za stary
Nie traktuj go jako kary, przyjmij jako dar.